A TEXT POST

So I got the new Tesseract EP

Oh, how the mighty have fallen.

I’m sure some will like “Perspective”. But I just can’t stand the new Mr Whiney Whinerson manning the microphone. Especially compared to the power and passion of Daniel’s voice. 

I know, I know, it has all been said, he left the band, it’s time to move on. But the thing is, I got used to Pink Floyd without Waters, because Gilmour sang most songs live. And I was okay with Fear Factory without Wolbers and Herrera, because it actually made an awesome lineup which recorded their best album since Obsolete. And - blasphemy warning! - I prefer AC/DC with Johnson.

Megadeth aren’t Megadeth without Marty, but it kinda works. Same goes for the Portnoy / Mangini situation in Dream Theater. But replacing Dan with Elliot is like pouring vomit onto salad instead of vinegret. Yes, they both start with V but aren’t quite the same thing. Sorry, Elliot. Maybe you’re a good singer, I haven’t heard your other stuff. But your voice sure as hell does not fit in with Tesseract.

At first I was going to write that the only song where Elliot sounds kinda okay was Eden 2.0, but it just isn’t. It’s just louder than the other songs and the vocals stand out less. Maybe it would have been different if the band actually spent more time putting new stuff together and recorded a new album with brand new songs. But releasing that EP just makes it too damn easy to compare the two singers. We all know these songs too well. I know Dan’s voice too well. I don’t need an iPod, I can play the whole “One” in my head. And he ruins it all.

This is one of these cases where the singer leaving breaks the band rather than just starting a new chapter in their history. I was giving them the benefit of a doubt, even after hearing “Dream Brother” earlier this year. Now that I have listened to Perspective… no more.

I am getting so emotional over this, because when I first heard “Concealing Fate”, I was all like “sh*t, this is EXACTLY what my last band was supposed to be like. That’s the exact mixture of prog/djent, melodies, heaviness, feeling, lyrics I had in mind!” I couldn’t believe someone actually pulled it off, they must have spent quite some time in my head.

So the most promising band of the last few years - at least in my head - just flopped to the ground, and I don’t see buying their next album or even bothering to listen to it more than once.

Well, alright, I may be buying the Deluxe version of the EP in the future (instrumental versions FTW!) but for now I’ll go sulk in the corner.

A TEXT POST

Uwaga, będzie rant

Zaczynam zgadzać się z ludźmi zrzędzącymi, że mieszkamy w kraju biurokracji, urzędasów i chamów, gdzie celem ludzi pracujących za moje podatki jest - cytując Małżowinkę - sprawienie żebym przy każdej możliwej okazji czuł się jak śmieć.
Ludzie chcący żebym kupił coś od ich pracodawców potrafią być różni, a ludzie którzy chcą żebym zapłacił za coś im, są już dość uprzejmi. Ktoś powie - “takie prawo rynkowej dżungli”, ale jakoś w innych krajach tego nie zauważam. Nie żeby był ze mnie jakiś wielki obieżyświat, ale od lat pracuję i bywam regularnie za granicą, i jest tam całkowicie inaczej.

Dzień pierwszy, 15:00.

Pojechaliśmy załatwić wpis do księgi wieczystej. O dziwo, centrum Poznania, już po majówce, a miejsc do parkowania masa. No to fajnie, parkujemy blisko sądu, wypakowujemy wózek i wsadzamy do niego potwora, podchodzimy do gmachu sądu.

Schody. I żadnego podjazdu dla wózków. Stoi informacja: “Wejście dla wózków inwalidzkich od ulicy Jakiejśtam”. Podchodzimy, zamknięte. “Dzwonić”. Uśmiecham się pod nosem i wracam na schody, wnoszę wózek z latoroślą własnymi ręcami i palcyma. Żaden z panów ochroniarzy nie raczy ruszyć de. Dobrze, że wózek lekki.

W informacji od razu pan nas kieruje do właściwego pokoju. Idziemy. Kolejne kilka schodów, ale od czego tata? Wnoszę, wchodzimy do biura.

Ach, więc tak to jest być powietrzem?

Za wysoką ladą siedzą dwa manekiny. A może roboty? Bo jeden z nich wydaje się ruszać szczęką. Automaton żujący bułę. Drugi automaton bierze do ręki papiery z którymi przyszliśmy, mówi że brakuje jakiegoś numeru i ze tu i tu i tu podpisać i zapłacić 200 pe-el-en. Ów numer oczywiście leży gdzieś w domu, zakopany w kosmicznie zabałaganionych szufladach z papierami, a 200 zł jest na koncie, nie w portfelu. Jedziemy więc z powrotem do domu.

Przewróciwszy chałupę do góry nogami znajdujemy w końcu “numerek” i wyjeżdżamy do sądu po raz drugi. Wyjazd z garażu zablokowany, pan naprawia bramę garażową. Dobrze, że naprawia, bo od czasu jak tu mieszkamy, więcej była otwarta niż zamknięta. 

Wypuszcza nas w końcu. Dojeżdżamy pod budynek sądu - a, fakt, trzeba wypłacić pieniądze, idziemy do wodopoju, znaczy bankomatu. Pierwszy - zero reakcji na leciwą już nieco kartę. Bankomaty nr 2 i 3 - a jakże, to samo.

Zagotowani ze złości wracamy do domu. Po drodze zatrzymuję się obok naszego zwyczajowego bankomatu. Karta działa! Uf. W domu szybko coś jemy i tym razem jadę już do tego sądu sam. Ania podpisała dokumenty, po co ma biegać, zresztą trzeba wykąpać ząbkującego potwora.

Wchodzę do sądu o 17:35, czynne toto do 18. Biuro podawcze do 17:45. Kasa do 17:30.

Fffffffuuuuuuuuuuuu.

Dzień drugi, 8:30.

Wchodzę, podchodzę do kasy naprzeciwko pokoju w którym ostatnio usiłowałem coś załatwić i widzę że coś mi przed oczami “zjeżdża” na dół. Roleta antywłamaniowa, którą pani zasuwa mi przed nosem. Spojrzała na mnie baranim wzrokiem typu “Homer Simpson to przy mnie Einstein, a i tak jestem lepsza od ciebie” i zamknęła kasę.

Z miejsca trafia mnie szlag i wychodzę na zewnątrz na 15 minut. Wracam - kasa otwarta, nikogo w środku. Bo i po co? Kartka informuje że opłaty A w tej kasie, opłaty rodzaju B w innej, a C jeszcze w innej. WTF?! Idę zerknąć na tamte kasy.

O, jest jedna, i nawet na drzwiach obok napisane że to Wydział Ksiąg Wieczystych, a to akurat mi potrzebne. Oczywiście nieśmiertelne kartki wywieszone w okienku głoszą, że TO NIE JEST KASA SĄDU. Zdusiłem w sobie przekleństwo z dużą ilością “rrr” i idę do informacji. Mam iść do innej kasy. W tej kasie pan ze znudzoną miną, ale zwyczajnie, uprzejmie, przyjmuje ode mnie wpłatę, przybija pieczątkę gdzie trzeba.

Kamień z serca.

Wchodzę do “sekretariatu”. Na “dzień dobry” nikt oczywiście nie odpowiada. Bo i po co? Żadna z dwóch bab automatonów nie raczy nawet podnieść wzroku. Dobrze, że tym razem żadna nie żuje buły.

- Czy u pań to załatwię? - bezczelnie ośmielam się zmącić ciszę nie przerywaną nawet bzyczeniem much. Swoją drogą - pewnie tu nielegalnym. 1… 2… 3… 4… 5… - płyną sekundy, a ja mam przed oczami sceny z “Upadku” z Douglasem, tyle że za czerwoną mgiełką. 

W końcu coś zza lady rusza baranim wzrokiem łaskawie w stronę motłochu, który ośmielił się przeszkodzić, i dokumentu, który śmie podtykać jej - dość niepewnie i z odległości metra - pod nos.
- Tak.
Podaję dokumenty. Adin, dwa, tri, czietyrie…
- Wniosek o [cośtam] nie jest podpisany. - rzuca babsztyl w powietrze.
- A, to zaraz podpiszę - łapię za długopis.
- Dwa podpisy - automaton oddaje mi papiery i wraca do snucia planów o panowaniu nad światem i marzeniach o gotowaniu zupy pomidorowej już za 6 godzin. Przecież w końcu jest już dziesiąta. 

Jadę kolejny raz do domu po podpis od Małżonki. W takich chwilach mógłbym ciurkiem cytować “Dzień świra”, “Upadek” i pewnie jeszcze “Ojca chrzestnego”. I porucznika Aldo Raine tworzącego swoje masterpiece. 

“That don’t sit well with me”.

PS. Są oczywiście wyjątki od tej reguły, ale są niestety rzadkością, tak przynajmniej wynika z mojego doświadczenia.

A PHOTO

Burrrgerrrz (Taken with instagram)

A PHOTO

That is just plain wrong. (Taken with instagram)

A PHOTO

:) (Taken with Instagram at SPOT.)

A PHOTO

It got a bit warm. (Taken with instagram)

A PHOTO

Spacerówka. (Taken with instagram)

A PHOTO

Pies (Taken with instagram)

A PHOTO

Jew baby. (Taken with instagram)

A PHOTO

Nom. (Taken with instagram)